Niedzielny wieczór

Ciesząc się ostatnimi chwilami ciszy, olewając sprzątanie (zrobię to później) przypomniałam sobie o blogowaniu. Tak jak czasem przypominamy sobie o butach, które kiedyś tam nosiłam, były całkiem wygodne i nie wiem sama dlaczego znalazły się na dnie szafki. Zapomniane i zakurzone.

Dlaczego tutaj? Teoretycznie mogłabym wrócić do starego bloga, ale z mojego punktu widzenia tak wiele się zmieniło, że naprawdę potrzebne mi nowe otwarcie.

Gdyby ktoś powiedział mi 3 lata temu, że tak potoczy się moje życie nie uwierzyłabym. 3 lata temu (i miesiąc) byłam przecież najszczęśliwszą osoba na ziemi. Długo wyczekane dziecko, nowa rzeczywistość. Miało być tak pięknie 🙂

Jak było? Szczerze mówiąc dwa lata gdzieś mi zniknęły. To były dwa bardzo ciężkie lata. 11 miesięcy macierzyńskiego, później powrót do pracy. Strasznie trudny, bo jakby nie zaklinać rzeczywistości urodzenie dziecka robi wodę z mózgu. A przynajmniej zrobiło z mojego. Choć i tak nie było tak źle, bo wróciłam na znany mi projekt. Później jednak pojawiły się większe wyzwania, dostałam do prowadzenia strumień? (stream ale w sumie nie wiem jaki powinien być polski odpowiednik) i upiornie ciężkie wdrożenie. 2 miesiące załamywania się, że nie dam rady, żeby potem jakoś tę rzeczywistość zacząć powoli układać.

Praktycznie w trzecią rocznicę ślubu uprawomocnił się mój rozwód i tak zostałam samodzielną (ponoć ładniej brzmi) matką.

Jak jest teraz? Wymiatam w pracy, mam 10 osobowy zespół fajnych ludzi z którymi ciężko pracujemy, żeby dokonać dużej trudnej rzeczy. Niestety przez to, że większość ostatniego roku pracowałam 12-16h na dobę, więc zamiast pięknieć tyłam. Ważę więcej niż w 9 miesiącu ciąży 🙂 Ale jakoś nie jest to coś co mi jakoś spędza sen z powiem. Mój syn skończył 3 lata. Jest z nim trochę łatwiej, choć nadal przetrwanie to wyzwanie. Mówi pełnymi zdaniami i jest to tak zabawne, że po prostu muszę to zapisywać.

Taki skrót 🙂

Niedzielny wieczór

Wyprawa na księżyc

To wydarzenie w sumie zainspirowało mnie do wrócenia do blogowania.

Wyszliśmy na spacer. Księżyc już zdążył się pokazać. I tak jak nigdy wcześniej przyciągnął wzrok Potomka. Mała rączka wskazała w górę i powiedział “TAM”. Po chwili ruszając przed siebie.

I bądź tu człowieku mądry i wytłumacz niespełna 2latkowi, że jednak w linii prostej to na księżyc jednak nie dojdziemy. Wylały się łzy rozpaczy. TAM TAM zawodził mój biedny Potomek pragnąc dojść na księżyc tu i teraz.

Nie wiem ile zrozumiał, ale po jakimś czasie przyjął, że niestety się nie da (przynajmniej wtedy) i dał się zaprowadzić do samochodu (oczywiście z obietnicą, że jak będziemy jechać to na pewno księżyc będzie widać).  I na szczęście tak było.

Wyprawa na księżyc

Niczym feniks

Przez ostatni rok przestałam myśleć o blogowaniu. Przyczyny były różne, ale straciłam potrzebę.

Ostatnio jednak kiedy spacerowałam z moim synem, doszłam do wniosku, że muszę gdzieś zapisywać to co się dzieje.

Bo wszystko tak szybko przemija. Dziecko zmienia się w tym wieku praktycznie z dnia na dzień. I jak tego nie zapiszę to po prostu zapomnę.

Nie chcę pisać pod starym adresem. Mam wrażenie, że ja z przeszłości jestem tak odległa do mnie obecnie, że po prostu tutaj też potrzebuję zmiany.

Czy wyjdzie nie wiem. Na razie mam wenę, co będzie później cholera wie.

Niczym feniks